Trwać i grać, i grać…

Data publikacji tekstu: 24 października 2009
Kategorie: 2. – „Etno”, Muzyka etniczna i folk, Wywiady – rozmowy – debaty

Niezwykle ognista energia, a jednocześnie tęsknota za tym, co przeminęło. To właśnie słyszałam w ich muzyce podczas rzymskiego koncertu w styczniu tego roku. Porywają i przyciągają autentycznością. Łączą to, co prawie już zapomniane, ze współczesnością. Po prostu i po ludzku.

Z Robertem Wasilewskim z zespołu Transkapela rozmawia Katarzyna Otczyk

Na początku chciałabym zapytać o Waszą fascynację muzyką Karpat, muzyką klezmerów: jak się ona rozpoczęła? Dlaczego właśnie tę muzykę gracie?

–  Nie gramy wyłącznie muzyki karpackiej i klezmerskiej. Inspirujemy się tradycyjną muzyką ludową – interesuje nas więc ogromny obszar muzyczny. W różnych naszych formacjach wykonywaliśmy i wykonujemy muzykę z wielu regionów Polski, w tym także karpacką. Jak w każdej muzyce źródeł, jest w tu sporo koneksji. Na przykład ślad żydowski jest czytelny w większości regionów pochodzenia muzyki tradycyjnej… W Transkapeli po prostu silniej skoncentrowaliśmy się na muzyce karpackiej – tu ślady wpływów różnych grup etnicznych i kultur są jeszcze bardzo wyraźne czy wręcz żywe.

Każdy z nas zaczynał kształtować swoją osobowość muzyczną w różny sposób. Ja wyszedłem od punka, w połączeniu z muzyką właśnie karpacką (podobnie do De Press), teraz grywam również coś w rodzaju art-minimal; Piotrek grał w ostrych rockowych kapelach; Ewa grała muzykę ludową z Teatrem Wiejskim Węgajty i uczestniczyła z nimi w różnych prezentacjach artystycznych; Maciek grał muzykę folk – zaczynał w Orkiestrze św. Mikołaja, współpracował z Teatrem Pieśń Kozła – teraz grywa również etno-jazz. Ale wydaje mi się, że fascynacja muzyką ludową, źródłową – tkwiła w nas od najmłodszych lat.

W Transkapeli, dodatkowo, na „zafiksowanie w karpackości” wpłynął skład instrumentalny zespołu, charakterystyczny dla tego właśnie regionu. Poza tym Karpaty są jeszcze żywe, pełne ludzkich, prawdziwych żywotów, ich tajemnic, przeżyć związanych z codziennością, pełne uniesień religijnych, mistycznych czy nawet metafizycznych (mam na myśli wciąż mocno tkwiący w świadomości mieszkańców Karpat świat wierzeń i legend). Z ograniczoną liczbą mentalnych „nowotworów cywilizacyjnych”… To nas wciąż zaciekawia i inspiruje.

Dodam może, że indywidualnie grywamy również muzykę z innych części Europy – nie tylko z „tygla karpackiego”, na przykład Ewie, Maćkowi i mnie zdarza się, prowadząc warsztaty tańca (bo i taką formą się zajmujemy – wspólnie z Domem Tańca Poznań i Nomadami Kultury), grać muzykę tradycyjną z Francji czy Danii. W trochę innych, co prawda, konstelacjach osobowych… Choć i w Transkapeli pojawia się czasami muzyka obszarowo inna niż karpacka…

Rozumiem, że Transkapela przekracza różne granice, również te geograficzne. Gdzie zawędrowaliście w poszukiwaniu źródeł, inspiracji? Czy właśnie tak wędrując poznaliście Maruśkę, która śpiewa na Waszej płycie?

–  Przeszliśmy sporo. To już około dwudziestu paru lat naszych poszukiwań i wędrówek, każdego z osobna i razem. Głównie słuchamy. A to starszych muzykantów, gdzieś po wsiach (w Polsce, sporo w Rumunii – w Siedmiogrodzie i na Bukowinie), a to muzyki współczesnej w formie mechanicznej i na żywo; różnych gatunków, od klasyki poprzez tzw. folk, jazz, rock, aż po eksperymenty muzyczne. Tu znajdujemy sporo inspiracji. Ale najwięcej jest tego w każdym z nas – tak myślę; chodzi mi o swego rodzaju rys temperamentu, ciekawość życia, a przede wszystkim własny „magazyn” przeżyć i przygód życiowych. Bagaż osobistych doświadczeń jest, moim zdaniem, najlepszym źródłem inspiracji twórczej.

A z Maruśką to inna sprawa, nie bajkowa… ;-) Po prostu odbierając parę lat temu nagrodę Folkowego Fonogramu Roku, przyznanego naszej płycie w ramach radiowego festiwalu Nowa Tradycja”, usłyszałem tamże, w trakcie festiwalowego konkursu, Maruśkę z kapelą Čači Vorba. Spodobały mi się jej duże możliwości wokalne i instrumentalne i, przeczuwając formułę naszej drugiej płyty, zaprosiłem ją do udziału w nagraniach płyty Over the Village. Znalazła się w formule płyty zjawiskowo. Choć drogi nasze nieco się rozeszły, a ściślej mówiąc – nie utrwaliły, myślę, że był to dla obu stron ciekawy czas.

Dodam może, że na płycie wystąpił oprócz Marysi jeszcze jeden zaproszony przez nas muzyk – Michał Tomaszczyk – „groźny” puzonista jazzowy, który pomimo różnicy gatunku muzycznego, którym zajmuje się na co dzień, świetnie wpasował się z zamierzoną, oszczędną formą i rustykalnym brzmieniem w zamysł płyty. Tu rzecz ciekawa, bo jak się okazało, nie jest to sprawa prosta, tak z jazzu „wjechać” wprost w etniczną formułę muzykowania (a zdawać by się mogło, że są one blisko siebie lub wręcz wyrastają z jednego – źródłowego pnia). Trzeba zapomnieć na chwilę o frazie, artykulacji itp. i zagrać niemalże po amatorsku, godząc to w jakiś cudowny sposób z finezją tejże muzyki i doprowadzając tę „amatorskość” do majstersztyku wykonania. Michałowi udało się to świetnie, a do tego chyba „kupił” tę „wiejską” muzykę na osobisty, dłuższy artystyczny użytek. Czasami wspólnie koncertujemy i czujemy, że za każdym razem wchodzimy z nim coraz głębiej w materię.

Na płycie Over the village słuchacz odwiedza różne domy: czy są one realne, czy to tylko kreacja?

–  Jak czujesz… Zostawiam to słuchaczom. Realne i tak znaczy dla każdego co innego… Ale tak jak mówiłem, Karpaty jeszcze żyją tradycją…

Jak odbieracie swoją publiczność? Jacy ludzie najczęściej przychodzą Was słuchać? Szczególnie interesuje mnie odbiór Waszej muzyki za granicą – wiem, że graliście we Włoszech, w Szwecji, we Francji, na Ukrainie, a w planach są kolejne zagraniczne koncerty.

–  Trudno mi ocenić, kto przychodzi na nasze koncerty. Myślę jednak, że są to ludzie ciekawi spotkania z tak postawioną jednorodnością zjawiska pt. „Karpaty i klezmerzy”. Za granicą spotykamy sporo Polaków, czasami Żydów, czasami ludzi o karpackiej genealogii. Dla nich to pewnie jakiś sentyment za słowiańskością, Ojczyzną, krajem „wyjścia”. Myślę, że obcokrajowców – mam tu na myśli „człowieka Zachodu” – przyciąga także egzotyka Polski. Czujemy często, że jesteśmy przez nich postrzegani jako przedstawiciele dzikiej Europy Wschodniej, ba, nawet Rosji, i przez to chyba budzimy w nich taką pierwotną afektację – jak endemit. ;-) Ci słuchacze na koncercie reagują dość żywiołowo, a po występie są chyba utwierdzeni w swoim wyobrażeniu surowości i źródłowości muzyki folk z naszej części Europy. Dzielą się z nami swoimi wrażeniami, mówiąc niejednokrotnie, że zrodziła się w nich fascynacja i chęć głębszego poznania kultury i muzyki tradycyjnej europejskiego „orientu” – w tym Polski. Jeśli nie jest to tylko kurtuazja, to świetnie… Żydzi zaś nie zawsze identyfikują się z naszą propozycją „klezmerskości”. Może dlatego, że nie znają muzyki wiejskich – celowo podkreślam słowo wiejskich – klezmerów. A może zapomnieli, albo nie miał kto im przekazać, jak brzmiała muzyka ich ojców i dziadów, emigrujących z wiosek karpackich – podówczas ważnych i dużych skupisk klezmerów, czy też po prostu: wiejskich muzykantów. Na pewno przywykli i znają dość dobrze inny gatunek muzyki klezmerskiej – myślę tu o muzyce klezmerów przedwojennej diaspory żydowskiej w Stanach i w Europie Zachodniej. A to różna od naszej, transkapelowej, bajka…

Dlaczego Wasze płyty mają angielskie tytuły?

–  Bo jest to esperanto świata – tak jak muzyka, która nie zna barier kulturowych czy geograficznych. Język uniwersalny, rzec by można – muzykancki…

Czym się konkretnie objawia to, że Karpaty wciąż żyją tradycją?

–  Żywym kultywowaniem tychże tradycji. Czyli kontynuowaniem pewnych wzorców kulturowych, stereotypów zachowań ludzkich od pokoleń, religii, obrzędowości, rytmów przyrody, no i prostym przedłużaniem dorobku kultury materialnej i wysokiej. Żyją po staremu. To chyba zresztą jasne… Niewiele jest takich miejsc na mapie Europy; Europa goni „cywilizacyjnie” za kuprem Kaczora Donalda, ot co… Wystarczy się rozejrzeć. Przecież Polskę też nieźle już podgryza ten robal…Przykład pierwszy z brzegu? Zabawa w Halloween 1 listopada. To znaczy martwa tradycja, a nasze w tym dniu odwiedzanie grobów najbliższych, modlitwa i zaduma, znicze i kwiaty, spotkania rodzinne – znaczy żywa. Mam nadzieję, że w dobie powszechnej globalizacji zrozumiemy jako naród, że własne tradycje są wyjątkowo cenną wartością…

A czy Wy, w związku z tym, że czerpiecie mocno z karpackiej tradycji, czujecie, że jest to pewnego rodzaju misja? Czy macie poczucie, że chronicie ten świat, ocalacie od zapomnienia?

–  Jest nam tu, w tym tradycjonalizmie dobrze. Jeśli chronimy świat, to też dobrze. Ale dlaczego wobec tego zagrożony świat słabo dostrzega takich jak my albo takich, jakich po wsiach karpackich dużo jeszcze? (my jesteśmy trochę farbowani) Więc jak to jest? Chronimy/chronią świat czy nie? Może nie ma więc żadnego zagrożenia, tylko jakieś groteskowe fanaberie. A może nie chronimy świata, bo nie mamy rakiet, tylko skrzypce… Nie wiem, jak jest. Na pewno ocalamy coś istotnego dla nas, osobiście. Jeśli przy okazji inni też korzystają z tego w jakiś sposób – jest jeszcze piękniej. „Co jest co i skąd te łzy?” – jak mawia Benia Krzyk u Babla.

Według mnie, choć słyszałam Was tylko raz, pełnicie rolę „służebną”, tak jak dawni klezmerzy, dając pasję i tęsknotę, które niesie ze sobą Wasza muzyka. Jest w niej taka przestrzeń, która wypełnia duszę. Czy jest coś, co Panu osobiście daje granie muzyki etno?

–  Patrz wyżej: jest nam tu dobrze. To nasza osobista nisza i w niej nieźle się mościmy. Może mamy jakąś „sejsmiczną” wrażliwość, bo czujemy się chyba lepiej związani ze światem bliższym „prawdzie Starowieku” – jak pisał Vincenz. Posiadamy chyba trochę większe zrozumienie i szacunek dla tradycji. Tak trochę podróżujemy z naszą muzyką, trochę lewitujemy – bo ta muzyka (źle powiedziane – etno) to prawda o nas, ludziach zamieniona w czystą energię życia, a to już absolutnie Nieziemskie… oj, i bardzo osobiste ;-)

Czy mogę dopytać dlaczego „źle powiedziane – etno”? Zbyt wąskie pojęcie? Czy może lepiej w ogóle Waszej muzyki nie klasyfikować?

–  „Etno” – to bez życia, naukowo. My gramy życiowo, po ludzku… I po prostu.

Jakie macie zespołowe plany, marzenia i ambicje?

–  Trwać i grać, i grać, i trwać, i grać. Bez tego duża pustka… A może się znów uda zarejestrować płytowo to trwanie i granie…

W takim razie życzę właśnie trwania i grania, zawsze po ludzku i w prostocie. Dziękuję bardzo za poświęcony mi czas i wszystkie mądre słowa.

 


 
Zespół Transkapela tworzą:

  • Maciej Filipczuk – skrzypce, vioara cu guarna
  • Piotr Pniewski – wiolonczela, bęben, gordon
  • Robert Wasilewski – cymbały, altówka, flety pasterskie
  • Ewa Wasilewska – skrzypce

Komentarze »

Napisz pierwszy komentarz.

Subskrypcja RSS. Adres TrackBack

Odpowiedz

Strona działa na silniku WordPress w wersji polskiej.
Układ/funkcjonalność strony w znacznej mierze oparto na motywie (theme) "Tranquility White" autorstwa Roya Tancka w tłumaczeniu azWeb dla Polskiego supportu WordPress.