Master Musicians of Joujouka

Prawdziwy obraz Joujouki, małej wioski położonej w północnej części Maroka, zaczyna kształtować się dopiero po powrocie do rzeczywistego świata. Czerwony pył unoszący się nad glinianą posadzką podziurawionej tysiącami wgłębień marnej szosy; kilkadziesiąt glinianych domów niedbale porozrzucanych po obu stronach wzgórza; nieregularnie kwadratowy placyk, z wbijającym się w podłogi nieba minaretem i mikroskopijną kawiarnią, w której przy jedynym stoliku gracze sortują, po raz kolejny, dumne postacie, wyłaniające się z talii przepoconych kart. W centrum tego wszystkiego znajduje się studnia. Miejsce od pokoleń łączące ludzi, którzy od świtu do zmierzchu pojawiają się tu na przemian, dzieląc swoimi myślami, problemami, życiem.

Luke Jaworski

Ahmed Attar. Maestro. Starszy pan, z przyciętym równo wąsikiem, wyszedł akurat z popołudniowej modlitwy w meczecie. Długi, piaskowy dżelab z każdym jego krokiem unosił drobiny kurzu, tworząc wokół niego czerwonawą łunę. Pewnie uścisnął moją dłoń i z uśmiechem na twarzy zaprowadził na miejsce spoczynku. Nowa gliniana chata, składająca się z dwóch izb (posiadających luksusowe, betonowe wylewki), kilku słomianych dywaników oraz małej werandy, na której toczy się większość ich codziennego życia.

To, że Master Musicans of Joujouka pojawili się w świadomości zachodniego odbiorcy, jest głównie zasługą Briana Jonesa z The Rolling Stones, który w 1968 roku jako pierwszy zachodni muzyk zainteresował się połączeniem swoich utworów z mistyczną muzyką Sufich, trzy lata później wydając longplay’a Brian Jones Presents The Pipes of Pan at Joujouka. Tradycja tego mistycznego nurtu Islamu sięga okolic roku 700, kiedy to niedaleko obecnej Basry (Irak) potomkowie bratanka proroka Mahometa, Aliego, zdecydowali się założyć swój pierwszy zakon. To gnoza, bezpośrednia i doświadczalna próba zjednoczenia się z Bogiem, stanowi podstawę tego nurtu, której podstawowymi narzędziami są muzyka i wywołana dzięki niej medytacja. Sufizm, prócz swoich sztandarowych Derwiszy, wirujących pomiędzy stołami turystów w drogich tureckich restauracjach, nadal stanowi pełną mistycyzmu ścieżkę rozwoju, a ekstaza panująca podczas wspólnych modlitw w Iranie czy Pakistanie rzuca prawdziwe światło na siłę ich wiary. Muzycy z Joujouki jednak dosyć przypadkowo zostali wmieszani w oddalony o tysiące wymiarów komercyjny świat. Co roku w wiosce pojawiają się dziwnie wyglądające postacie wysiadające ze swoich klimatyzowanych limuzyn, poobijanych na marnej drodze prowadzącej na sam szczyt wzniesienia. Groteskowym kontrastem wbijają się w przestrzeń pomiędzy kozami, studnią i małym cmentarzykiem na uboczu wioski.

Mieszkańcy wioski jednak nie są świadomi, że jej nazwa znaczy więcej dla słuchacza Stonesów, niż dla mieszkańca sąsiedniego miasta, że jest synonimem fascynacji świata zachodu tym mistycznym nurtem, tworzącym w tak naturalny sposób uniwersalne muzyczne historie. Przez te kilka godzin wychylania kolejnych szklaneczek miętowej herbaty okazało się, że moja podróż była w zasadzie bezcelowa, gdyż lokalny festiwal, który był głównym powodem mojej wizyty w górach Rif, został przełożony. Kolejny autobus z Tangeru nie dojechał. Siedząc przy ceracie rozłożonej na środku podłogi, planując w myślach kolejne dni, kiedy już zakończyliśmy przerabianie tych religijno-narodowościowo-rodzinnych tematów, a język zaczął stanowić barierę nie do przeskoczenia, zaczęły pojawiać się te wszystkie osoby, których imiona ciężko było zapamiętać. Po zjedzeniu niedogotowanego koguta, którego grzebień i wnętrzności uroczyście wystawały ze wspólnotowego talerza, z wnętrza umocnionej mieszanką błota i słomy chatki zaczęły rozlegać się pierwsze dźwięki. Samej muzyki, która wbiła się w pustkę nocy, nie da się opisać. Kilkanaście opowieści, stworzonych przy użyciu trzech instrumentów, dwóch fletów (lira i rhaita) i bębna (tebel), wrzuciło do głowy spokój i zdumienie. Coraz to nowi ludzie docierali do nas ze swoimi lirami, włączając się w ten ostatni epizod dnia.

Ciężko nadal zrozumieć, dlaczego tej wioski ciągle nie można znaleźć na żadnej mapie, a w międzyczasie jej nazwa od kilkudziesięciu lat pojawia się na ustach największych muzyków świata i że tak naprawdę, mimo upływu kilkuset lat, oprócz pojawienia się tej nowej chatki, nic się tam nie zmieniło. Siedząc rano na skraju drogi nie wiedziałem, gdzie tak naprawdę jestem, nie wiedziałem czy pojawi się jakiś pojazd, czy będę musiał przejść kilkadziesiąt kilometrów, by dojść do jakiejś większej osady. Nadjeżdżający busik z kozami na dachu zabrał mnie wreszcie, po kilku godzinach oczekiwania, do najbliższego miasta. Wytrąceni ze snu pasażerowie, na czele z kierowcą, pewnie do dziś nie rozumieją, co ten biały robił o wschodzie słońca na środku nieuczęszczanej drogi. I czymże jest ta Joujouka.

Autor jest członkiem europejskiego stowarzyszenia antropologów kultury, fotografem, muzykiem, podróżnikiem. Więcej na www.lukejaworski.com.

Komentarze »

Napisz pierwszy komentarz.

Subskrypcja RSS. Adres TrackBack

Odpowiedz

Strona działa na silniku WordPress w wersji polskiej.
Układ/funkcjonalność strony w znacznej mierze oparto na motywie (theme) "Tranquility White" autorstwa Roya Tancka w tłumaczeniu azWeb dla Polskiego supportu WordPress.