Iskra w oku
Idę ulicą, mijają mnie tłumy… Z każdym krokiem coraz to nowe twarze – rząd za rzędem, szereg za szeregiem. Obojętne oczy wpatrzone w miejską przestrzeń. Cała armia pustych spojrzeń. Aż wierzyć się nie chce, że być może gdzieś wśród tych masakrujących obojętnością spojrzeń może czaić się tancerz flamenco… A jednak.
Żyjemy w czasach, gdy każda szanująca się szkoła tańca posiada w swojej pokaźnej (a jakże!) ofercie taniec flamenco. Wystarczy wymienić chociażby Studio Taneczno-Aktorskie w Państwowej Szkole Baletowej im. R. Turczynowicza w Warszawie czy Centrum Tańca „Ananday” w Krakowie. Ba, powstają nawet specjalne szkoły flamenco, jak np. Szkoła Tańca Flamenco „Triana” w Warszawie.
Szkoły tańców oryginalnych są coraz bardziej popularne; z miesiąca na miesiąc przybywa atrakcji – zaczęło się od flamenco, potem pojawił się taniec brzucha, taniec hinduski, taniec afro… Skąd nagle takie zapotrzebowanie? Czyżby w natłoku plastikowych atrakcji zabrakło nam w kulturze czegoś prawdziwego, wyrosłego na kanwie pierwotnych potrzeb i tradycyjnej estetyki? A może etniczność to kulturowy wytrych do pozyskania serc zanudzonych odbiorców poprzez pokazanie im orientalnych błyskotek?
Atrakcje się mnożą, pokazy, show taneczne, warsztaty… „Flamenco” samą swą nazwą przyciąga uwagę tłumów; jeśli tańczysz flamenco, jesteś „modny i fajny”, bo robisz coś oryginalnego. Oryginalnego, dopóki nie znikasz w masie zajmującej się równie oryginalną rzeczą, co ty… Tym bardziej warto spytać: na ile popularność flamenco bierze się z autentycznej zadumy i wzruszenia zakochanego w muzyce i ruchu tancerza i odbiorcy, a na ile z nakręconej komercyjną machiną mody na to, co „oryginalne”, „kolorowe” i „ładne” – i czy, w związku z tym drugim, za parę lat w centrum handlowym „Arkadia” nie znajdziemy na półce produktu z napisem „prawda i piękno, w promocji 2 w 1 taniej”?!
Flamenco, jako taniec na tle charakterystycznych rytmów i przejmujących dźwięków, został przyniesiony do Hiszpanii przez Cyganów andaluzyjskich. Często był jedynym sposobem na ekspresyjne wyrażenie osobistego cierpienia, gniewu, namiętności, społecznego ucisku…
O tancerzach mówiło się, że mają bożą iskrę w oku – duende. Iskrę, która jest pełną ognia, temperamentu i emocji duszą, zdolną rozpalić tak tancerza, jak i jego widownię.
Flamenco to nie tylko sztuka; to zarazem krzyk – tak targanej namiętnościami jednostki, jak i uciśnionego ludu.
Narodziny flamenco ściśle wiążą się ze społecznymi potrzebami. Flamenco było zarówno formą artystycznej ekspresji, jak wyrazem autentycznych przeżyć ludzkich. Taniec i muzyka stanowiły antidotum na ciężki los, jedyną ulgę po całym dniu ciężkiej pracy. Flamenco było swoistym zwierciadłem ludzkiej i społecznej duszy. To coś więcej niż pełen ognia taniec – to ogień palonej emocjami duszy.
Idę ulicą, mijają mnie tłumy… Czy pustooka masa kieruje się w głębi duszy czymś więcej niż kulturowo ugruntowanymi estetycznymi schematami i systematycznie wyrabianą przez media podatnością na to, co kolorowe i modne oraz kolorowo i modnie reklamowane? Czy oryginalność to tylko ładne słowo, czy gdzieś na dnie zapatrzonych w miejską przestrzeń spojrzeń czai się iskra boża, duende, gotowa wzniecić ogień tak w tancerzu, jak i w jego widzu?
Spójrz w lustro, a może będziesz wiedział, czy nadajesz się na tancerza i miłośnika flamenco.
