Wolność muzycznej interpretacji

„Gdzie jest zwątpienie, tam jest wolność”

Wyobraźmy sobie kilku muzyków. Niech będzie ich trzech – nazwijmy ich… X, Y, Z. Załóżmy, że wszyscy grają na tym samym instrumencie. Każdy z nich posiada inną osobowość, inne preferencje muzyczne, inny styl gry; każdy stosuje inny system pracy nad utworem. Trzy różne osoby – trzech różnych artystów. W szkole grywają audycje, z czasem i koncerty… To nieźli muzycy: mają dobrą technikę, realizują wszystkie uwagi interpretacyjne profesorów. W zasadzie nie ma się do czego przyczepić.

Słucham ich i zastanawiam się – dlaczego wszyscy grają prawie tak samo?

Maja Baczyńska

Oczywiście prawdą jest, że nie znajdzie się dwóch identycznych muzyków. Świat dźwięków stanowi wielowymiarową przestrzeń niezliczonych odcieni brzmień, emocji, stylów, typów wrażliwości… Chyba każdy artysta usiłuje znaleźć swój własny punkt na mapie artystycznego wszechświata, który na wzór tego kosmicznego wciąż się rozszerza, otwierając nieskończoną ilość możliwych twórczych perspektyw.

A jednak tak często muzycy, którym trudno coś zarzucić, przechodzą przez estrady bez echa. Czy jest ich zbyt wielu, by wszystkich pamiętać? A może za mało się wyróżniają, by zapaść w pamięć przeciętnemu słuchaczowi?

*

Zbliża się konkurs – ogólnopolskie przesłuchania. Nasi trzej muzycy – X, Y, Z (wszyscy grający na tym samym instrumencie) – ćwiczą dniami i nocami. (W końcu z roku na rok poziom gry i ilość konkurentów wzrasta). Trzeba się sprężać. Trzeba zagrać dany pasaż szybciej niż dotąd się grało, koniecznie bezbłędnie. Trzeba zrealizować wszystkie uwagi profesora i jeszcze kilku uznanych pedagogów douczających konkursowiczów prywatnie. Powinno się przesłuchać wszystkie możliwe słynne nagrania wykonywanego repertuaru. Profesorowie wciąż mają uwagi, wciąż pewne niuanse widzą inaczej. Muzycy ćwiczą, wciąż ćwiczą…

Nadchodzi dzień przesłuchań. Bardzo rzadko udaje się zrealizować sto procent swoich zamierzeń, dlatego przyjęło się uważać, że muzyk startujący w konkursie (zresztą to samo tyczy się wszelkiego rodzaju występów) powinien być przygotowany na „minimum sto dwadzieścia procent”. Nieważne, jak i jakim kosztem to zrobi. Jeśli chce się liczyć, zrobić to musi. Musi – aby to, co odbierze mu stres, było właśnie tą nadwyżką.

A jednak nie zawsze to wystarcza. Muzycy nie zajmują wysokich miejsc, choć wydaje się, że przecież wykonali cały swój plan. Co się stało? „To był ustawiony konkurs” – mówią czasem. „Miałem nie swój dzień” – cóż, ludzka rzecz.

Fakt faktem: konkursy nie zawsze bywają sprawiedliwe – każdy wie to już od podstawówki. I wiele zależy od dyspozycyji w dniu występu. Mimo to, większość muzyków wciąż staje w szranki. Wszyscy mają nadzieję, że „przełamią mur”, że to właśnie im się uda, że będą mieli swoje pięć minut – bo jednak sprawiedliwości w końcu musi stać się zadość.

*

Nieraz odnoszę wrażenie, że w tym wszystkim gubi się gdzieś istota sztuki. Że mamy do czynienia z produkcją perfekcyjnych muzycznych rzemieślników, których oczywiście jak najbardziej trzeba za ich pracę docenić, ale którzy mimo poczynionych starań nie rzucają publiczności na kolana.

Słyszałam kiedyś o pianistce bądź skrzypaczce, która osłuchała się z wieloma wykonaniami granego przez siebie koncertu, po czym z każdego wykonania zaczerpnęła to, co najbardziej ją urzekło – i wprowadziła do własnej wizji utworu.

Właśnie – to miała być jej własna wizja koncertu, która jednak nagle stała się swoistym collagem wielu wybitnych nagrań, czy ujmując rzecz językiem komercyjnym – kompilacją. Trudno mieć coś przeciwko słuchaniu słynnych wykonań, inspirowaniu się nimi, braniu przykładu z mistrzów lub uczeniu się na cudzych błędach – taka forma pracy zawsze rozwija. Bądź co bądź, żaden muzyk, zwłaszcza początkujący, nie jest samoistną i samowystarczalną artystyczną enklawą. Nikt nie powinien liczyć na to, że zdoła być jednostką lewitującą ponad pełnym pułapek i szufladek światem kultury i sztuki.

Czy jednak – tak już przesadne – „uwtórnienie” pracy sprzyja poszukiwaniu indywidualnej drogi twórczej?

*

Inny wariant tego samego konkursu, o którym była mowa wcześniej:

Muzyk X i Y przed przesłuchaniami pracują ze swoimi profesorami. Nie zgadzają się z pedagogami co do swoich wizji utworów. „Tak się nie gra” – to kluczowy argument profesorów. „Dlaczego się nie gra?” – pytają uczniowie i studenci. „Bo przyjęło się grać inaczej” – słyszą w odpowiedzi. Dlaczego? Bo tak.

X i Y ścierają się z pedagogami – mają do wyboru: albo zakończyć współpracę i na własną rękę wystartować w konkursie, albo grać tak, „jak im się zagra”. Muzyk X wybiera to pierwsze, muzyk Y – to drugie. Jeden zagra po swojemu i jury się nie spodoba, „bo tak się nie gra” lub „bo pracował sam bez profesora”; drugi zagra „jak mu się zagra”, ale też to nie wystarczy – lub wystarczy tylko na te pięć minut, gdy jeszcze wszyscy pamiętają listę wyczytanych laureatów. Z dwojga złego – muzyk X przynajmniej będzie miał satysfakcję z samodzielnej pracy i oryginalnego wykonania, być może ktoś go zapamięta.

A co z muzykiem Z? On nie ma takich dylematów jak X i Y. Uczy się u jurora – i jakkolwiek zagra, będzie dobrze.

*

Grać tak, jak mi każą i niekoniecznie mieć satysfakcję – czy grać tak, jak czuję i narazić się na ryzyko braku akceptacji jury, krytyków, publiczności?… Oto podstawowy dylemat wykonawczy: satysfakcja wewnętrzna czy „zewnętrzna”?

W przypadku pierwszym muzyk staje się czymś na kształt dyskietki, na którą profesorowie (ewentualnie – potrzeby komercyjne słuchaczy) zapisują wybrane informacje. W przypadku drugim muzyk czasem ryzykuje, że – zamiast być odkrywczy – stworzy graniczącą z kiczem eklektyczną karykaturę. Jest to grzech ciężki, biorąc pod uwagę, że zwykle wykonuje się dzieła mistrzów (nieładnie zmuszać ich do przewracania się w grobach). „Absolutna wolność skończyłaby się chaosem” (A. Kępińska).

Wydaje mi się jednak, że umiejętność i odwaga dokonywania tego typu wyborów oraz ich skuteczność jest najlepszym dowodem dojrzałości artystycznej młodego muzyka – dojrzałości, której muzyk, na wzór swoich pedagogów, uczy się wraz z każdym występem. Dlatego warto korzystać z doświadczeń owych pedagogów. I dlatego jest tak ważne, by jak najczęściej koncertować. Każdy występ to kolejny krok na drodze wyrabiania dojrzałości artystycznej. Każdy występ to kolejna walka o swoje „ja” na scenie. Wreszcie – każdy występ to opowiedzenie się po jednej lub drugiej stronie w ramach opisanego tu dylematu lub – najlepiej – szukanie złotego środka.

*

Mija parę lat od konkursu. Muzyk X nie zdobył uznania krytyki, nie ma też tak zwanego „poparcia”, więc i promocja jego osoby mocno kuleje. Posiada jednak swoją publiczność – słuchaczy, którzy go zapamiętali ze względu na oryginalną postawę sceniczną, na jego unikatowe koncepcje artystyczne. To wierna publiczność.

Muzyk Y wciąż startuje w konkursach. Zdobył jedno czy drugie wyróżnienie, ale wciąż nie ma go na najwyższych stopniach podium. Publiczności – niezbyt zapada w pamięć. Widownia hołubi go przez minutę braw po otrzymanym wyróżnieniu. To okrutna publika. Klaszcze, gdy się tak jej każe, bo tak „wypada”. Ale już jutro znajdzie sobie innego boga „na szczycie”.

Muzyk Z jest sławny. Muzyk Z jest wypromowany. „Ustawiony”. Ma niepodważalny autorytet w swoim środowisku. Nieraz zresztą – nie bądźmy stronniczy i oddajmy mu sprawiedliwość – rzeczywiście bywa bardzo zdolny. Po prostu ma więcej szczęścia niż inni zdolni (choć niestety przysłowiowy fart często wzbudza więcej zawiści i goryczy w artystycznym środowisku niż nadziei, że „może i nam się uda”).

Muzyk X działa na własną rękę. Jest bezkompromisowy, więc wszędzie natrafia na przeszkody. Ale organizuje sobie jakoś własną drogę twórczą, na małą skalę (nieraz staje się przez to hermetyczny i zatrzymuje się w artystycznym rozwoju, nie czerpiąc wiedzy od znawców – choć nie zawsze).

Muzyk Y działa, żeby działać. Działa, gdy ktoś powie mu: „działaj”. Działa w cieniu, ale mozolnie. Działa w wiecznym strachu, że coś się nie spodoba. Jest bardzo elastyczny, zrealizuje każdą uwagę. Niestety ma taki panteon świętych znawców, że sam świętym raczej nie zostanie.

Muzyk Z działa niesiony falą sukcesu. Historia właśnie jego zapamięta. Chyba, że sam wpadnie we własne sidła, popadając w wykonawczą manierę. Albo w końcu znudzi się wybrednej publice nakręcanej przez media. Nie zapominajmy, że media i masy to samonapędzający się mechanizm, który prawie zawsze działa w obie strony. Muzyk Z skończy albo jako kompletny bufon i narcyz, albo udowodni, że był wart swojego szczęścia („prawdziwie wielcy są skromni”).

*   *   *

Kształcić geniuszy czy umuzykalniać społeczeństwo? Rozdzielenie tych dwóch sfer w dużej mierze charakteryzuje Polskę, z jej państwowym systemem szkolnictwa muzycznego – na tle innych krajów Europejskich, gdzie od wielu lat panuje istny „boom” na konserwatoria i szkoły prywatne. Oczywiście to spore uogólnienie. Talent może pojawić się wszędzie. Pytanie tylko, czy będzie miał tyle szczęścia, by zostać wypromowanym.

Od 1994 roku działają już i w Polsce szkoły muzyczne Yamaha, adresowane głównie do dzieci. Promują one bezstresową edukację, budowanie więzi rodzinnych i społecznych (zajęcia odbywają się w grupie), rozwój kreatywności; proponują, być może ryzykowne, łączenie w toku edukacji klasyki z rozrywką. Wydaje się to idealnym antidotum na niemuzykalne społeczeństwo i zniechęcenie młodych talentów twardym „reżimem” państwowej szkoły muzycznej, w której czasem atmosfera wyścigu szczurów dostarcza dzieciom i ich rodzicom tyle adrenaliny, co walka na froncie.

Powstaje jednak pytanie: czy za jakiś czas nie zetkniemy się z paradoksalna sytuacją, gdy muzycy-amatorzy, przyzwyczajeni do bezstresowych częstych występów (ogrywają się także sami przed sobą), będą mieli więcej scenicznej odwagi niż harujący dniami i nocami tak zwani muzycy-profesjonaliści – którzy przyzwyczajeni do sytuacji „profesor i ja”, znękani widmem komisji przyzwyczajonej do tej a nie innej wykonawczej konwencji, wychodzą na scenę dopiero po sporej dawce melisy?

*

Wciąż się słyszy o młodych-zdolnych, którzy jednak nie wytrzymują presji i wycofują się z zawodu; bardzo często są to prawdziwe artystyczne osobowości. Bez wątpienia w tym zawodzie trzeba być wytrwałym i silnym psychicznie. Czy może inaczej – trzeba być albo odważnym, albo układnym. „Szarzy” pozostaną raczej wyłącznie chałturnikami; nie tylko w sensie dosłownym, również – „chałturnikami samych siebie”. W najlepszym razie – solidnymi rzemieślnikami , zawsze pozostającymi w cieniu.

W toku nauki trudno jednak dokonywać radykalnych wyborów. Uczymy się całe życie; ważne, by dzięki tym doświadczeniom wiedzieć, jak poradzić sobie z zewnętrzną presją – i rozsądnie wyważyć to, co stylowe i to, co wyraża nas samych; jak nie zatracić siebie w pogoni za sukcesem; jak sprawić, by publiczność klaskała szczerze, a my – byśmy grali nie tylko palcami, ale całym sobą.

Niektórzy wybierają całkiem inne rozwiązanie. Improwizują. W tych okolicznościach ucieczka w improwizację wcale nie dziwi. Nie tyle zresztą ucieczka, co właśnie lekarstwo – dla naszej uformowanej konwencjami duszy. Może to jest właśnie akt odwagi: walka o indywidualną osobowość artystyczną, o choć jedno słowo, które chcemy przełożyć na uniwersalny język muzyczny, wiedząc, że jest to nasza myśl (choć nieuchronnie inspirowana poprzednikami), a nie niczyja inna. „Ubi dubium ibi libertas” („Gdzie jest zwątpienie, tam jest wolność”) – zwątpienie zmusza wykonawców do poszukiwania nowych środków wyrazu.

Nie dziwi też zwrot ku muzyce nowej, muzyce twórców mniej znanych, debiutujących. Tego typu twórczość stwarza więcej możliwości wykonawczych, nie jest już spętana tą czy inną konwencją wykonawczą, jak to na ogół dzieje się z najbardziej popularnymi i „wiecznie rynkowymi” mistrzami, jak Bach, Mozart, Chopin. Ileż to razy słyszymy: „to stara szkoła, tak już się nie gra baroku” albo „nikt tak nie frazuje mazurków”, czy „a gdzie słynna mozartowska wykwintność”? Itd., itd. Niepodważalne kanony, które każdego młodego muzyka wprowadzają w świat literatury muzycznej. Klucze do zrozumienia epok. I zarazem… cienie, depczące po piętach zastraszonej i osaczonej kreatywności.

W muzyce awangardowej ryzyko zaszufladkowania bądź przerysowania na zasadzie: „bo ja tak czuję”, wydaje się zdecydowanie mniejsze. Powstaje jednak problem z odbiorcą. Obecna kultura przechodzi kryzys adresatów muzyki nowszej. W szkołach nacisk jest położony na muzykę dawną. Wśród szerokiego wyboru dzwonków do komórek laicy w dziale „muzyka klasyczna” mogą wybierać pomiędzy… „Badinerie” a „Tu es Petrus” (o zgrozo, w tym właśnie zestawieniu). Natomiast muzyka nowa kojarzona jest z kłębowiskiem nieestetycznych zgrzytów, których nijak nie da się słuchać. I tak oto niewiedza o sztuce XX- i XXI-wiecznej pozostaje nienaruszona (zakonserwowana w stereotypach), pomimo rozległości nurtów, jakie współczesna muzyka reprezentuje, podczas gdy hybrydy – nieślubne dzieci klasyki i rozrywki – są okrzykiwane mianem archaniołów porozumienia laików i znawców. A wykonawca wciąż gra, jak mu zagrają albo pije do lustra…

Muzyków w historii było, jest i będzie wielu. Jak odznaczyć się wśród całej ich masy? Jak stać się tym jednym niepowtarzalnym, a nie takim, jakich wielu, mediatorem pomiędzy światem sztuki a słuchaczem?

*

Granice pomiędzy sztuką wysoką i niską wciąż się zacierają. Pierwsza „rozlała się” na drugą, druga na pierwszą. Każdego dnia powstają całe „rozlewiska” kultury przeżartej komercją bądź egzaltowanym elitaryzmem. Eklektyzm pogania eklektyzm – oto skutki zbytniego rozbestwienia się twórców, wykonawców, widowni i mediów. Z formy „grania pod linijkę” wpadamy w formę „grania pod publiczkę” lub „sztuki dla sztuki”. Ktoś powiedziałby: „tak to jest, gdy zrywa się z tradycją na rzecz beztroski i wolności”. Sporo w tym racji, bo – powtarzając za Schillerem – „tam gdzie wiele wolności, tam i wiele błędu”. Jednak nie zapominajmy też o Tacycie – „tylko głupcy nazywają samowolę wolnością”.

Ten, kto nie ma odwagi wyrażania siebie, utonie w szarej masie. Ten, kto nie ma pokory w czerpaniu z doświadczeń mistrzów, wypaczy pojęcie owej odwagi. I jeden, i drugi zatrzymają się w połowie drogi do artystycznej dojrzałości.

Jednak grać trzeba. Czy jesteśmy gotowi zmierzyć się z tym wyzwaniem? W końcu gusta są różne i zawsze może znaleźć się ktoś, kto wyjdzie i trzaśnie drzwiami. Ale chyba dla tych – choćby paru osób, które będą klaskać, bo chcą, a nie „bo wypada” – warto.

Komentarze (3) »

  1. Wydaje się, że problem interpretacji ma dwa aspekty. Pierwszy to umiejętność poruszania się w aktualnej konwencji wykonawczej, drugi - zdolność do przełamywania (bądź rozszerzania) tej konwencji. Konwencja wykonawcza jest tworem, na który składają się wyobrażenia o tym, jak należy wykonywać utwory z danej epoki i wzorce, jakie tworzą wybitni wykonawcy. Podstawowe zadanie artysty-wykonawcy to stworzenie spójnej i przekonywającej kreacji, i do tego celu należy dążyć. Można to robić z powodzeniem w ramach obowiązujących konwencji, ale prawdziwy artyzm ujawnia się w tym, co wnosi się nowego. Idealny profesor powinien wdrożyć ucznia w aktualną konwencję, ale też rozwinąć w nim takie cechy, które w przyszłości pomogą w jej przekraczaniu. Oczywiście w większości przypadków to tylko pobożne życzenie. Dlatego uważam, że na etapie studiów najważniejsze zadania muzyka to: budowanie własnego smaku muzycznego (co mi się podoba?; co jest dobre?; dlaczego to jest dobre, a tamto nie?), umiejętność odczytywania narracji utworu (czyli świadome uczenie się, a potem wykonywanie utworu i obejmowanie go jako całości, a nie zlepku różnych fragmentów) wreszcie umiejętność przeciwstawiania się profesorowi (ale nie dla zasady, a tylko w tych przypadkach, kiedy jesteśmy przekonani, że coś należy zrobić inaczej i umiemy to uzasadnić). Oczywiście to ostatnie zadanie może przysporzyć wielu nieprzyjemności etc., ale myślę, że w innym wypadku przestaje się być szczerym i prędzej, czy później zostanie to dostrzeżone przez słuchaczy - dlatego mam wrażenie, że opisany w artykule muzyk “Z” nie osiągnie szczytów i nie zostanie zapamiętany. Owszem może stać się gwiazdą, ale tylko na krótki czas, bo za chwilę przesłoni go następny “Z1″, a potem “Z2″… Natomiast do historii przejdzie muzyk “X”, ale tylko wtedy jeśli mu się poszczęści. Jeśli chodzi o przełamywanie konwencji, to powinno ono wiązać się z dogłębną analizą utworu, stylu epoki i wzorców wykonawczych, nawet jeśli chce się wprowadzić coś zupełnie radykalnego. Inną sprawą jest przełamywanie własnych barier - muzyk powinien eksperymentować z materią. Powinien to robić nawet wbrew sobie, bo tylko na tej drodze jest w stanie przyswoić dla siebie pewne środki, których w inny sposób by nie osiągnął. Na razie na tym zakończę - może jeszcze coś mi się w tej kwestii wyklaruje/przypomni później.

    MeseMeson — 05.12.2007 @ 11:43

  2. Maju - bardzo twórczy i ciekawy artykuł.Podobne pododbne gratulacje już tu były, cóż z tego skoro nie moje.

    Bogna — 19.04.2008 @ 16:09

  3. Osobiście w pełni zgadzam sie z artykulem Pani Maji. Jeszcze tydzien temu stalem przed wyborem czy kontynuowac studia na kierunku kompozycji. Dzis juz wiem źe nauka kompozycji w naszym kraju mija sie z celem. Bywa źe samej kompozycji uczą profesorowie ktorzy z kompozycja w swoim źyciu nie mieli zbyt duzo wspólnego. Własne podejscie do pisania jest negowane po przez odpowiedz “BO TAK” “Bo TAK NIE MOZNA” gdyby w kaźdym okresie tak mówiono do dzis mieli bysmy muzykę barokową lub co gorsza chorał:) Nie chce tu negowac całego szkolnictwa muzycznego ktore jest na dość wysokim poziomie, oraz mówić źle o profesorach do ktorych mam ogromny szcunek, lecz muzyka to nie matemtyka i gdy czasami ktos ma inny wynnik niz wszyscy niekoniecznie musi byc on zły. Brak w nas zrozumienia do muzyki która “Nie jest taka jak być powinna” Cięźko nam sie nawet przyznac do tego źe cos nam sie podoba przez to ze ktos wpoił nam ze tak nie powinno byc. Przez to co “powinno być” do końca nie mamy świadomośći co tak naprawde nam sie podoba. Nie od dziś wiadomo źe muzyka trafia do naszych najgłębszych zakamarków mózgu wywołując w nas róźne uczucia. Zauwaźyłem ze ludzie ze środowiska muzycznego, czy to nauczyciel czy uczeń kiedy mówia o muzyce to wypowiadają takie słowa jak “a w trzeciej cześći to wejśćie smyczków kompletnie nie pasowało” czy teź “świetną technikę ma ten pianista” gdzie podzialy sie słowa, PIĘKNE, CUDOWNE. Moźe jest to dla nas zbyt intymna dziedzina źe boimy sie uźyc takich słów?:) Bardzo dobrze źe muzyk potrafi sie wypowiedzieć profesjonalnym językiem muzycznym i zanalizować utwór z kaźdej strony, sam osobiście to robie, lecz gdy staje sie to przyzwyczajeniem moźna wpasc w niebezpieczną pułapkę podporządkowania sobie muzyki. No chyba źe ktos czuje sie jej władcą? :)Wynika to równieź z naszej mentalnośći gdzie bardzo często ktoś powie, “bo tak nie wypada”. Właśnie przez to co wypada a czego nie wypada wszystko sie komplikuje. Bo gdy ktos zagra Chopina inaczej niź Paleczny (z pełnym szacunkiem do jego gry) lub gdy ktos gra inaczej jazz jak amerykanie(z pełnym szacunkiem do amerykańskiego jazzu) to w naszym mniemaniu jest oczywiście źle. Oszukiwanie siebie to z pewnaścią nasza zaleta:) Moźe dlatego młodzi kompozytorzy mają uznanie w środowisku muzycznym bo przecieź wszystko tam jest tak jak być powinno, zasady kontrapunktu na sto procent. Doceniam oczywiście ich prace, ich utwory, ale chciałbym aby zrozumieli jak to jest być sobą w twórczości. Chciałbym móc spotykać na scenach czy w szkolach muzycznych szczęśliwych i spełnionych muzyków, któźy umieja nie tylko krytykować ale rownieź zachwycić sie sami w sobie muzyką ktorą nas przeciez nie wyrzuci z domu albo powie źe juz nas nie chce, Jak to dobrze źe muzyka kocha nas bezinteresownie bo inaczej chyba tylko nieliczni mogli by ją prawdziwie kochac:) pozdrawiam,

    waski

    waski — 27.11.2008 @ 11:00

Subskrypcja RSS. Adres TrackBack

Odpowiedz

Strona działa na silniku WordPress w wersji polskiej.
Układ/funkcjonalność strony w znacznej mierze oparto na motywie (theme) "Tranquility White" autorstwa Roya Tancka w tłumaczeniu azWeb dla Polskiego supportu WordPress.