Nowe brzmienie pilnie poszukiwane czyli rzecz o „WJ” 2007

„Warszawska Jesień” jest najważniejszym wydarzeniem w kalendarzu koncertowym polskiej muzyki współczesnej. Brzmi banalnie? Cóż, okazuje się, że trudno jest jednoznacznie zdefiniować fenomen, będący medialnym zdarzeniem z jednej strony, z drugiej zaś wielkim świętem sztuki i jej wiernych odbiorców.

Marta Szymańska

Jesień to festiwal, który od samego swojego początku był i jest oknem na świat. Dzięki niemu większość słuchaczy ma jedyną okazję, aby usłyszeć kompozycje najnowszej daty, nie tylko europejskie. Dobrze wiemy, że o nagrania muzyki współczesnej trudno, a w filharmonii takiego repertuaru z zasady się nie wykonuje. Mamy więc do czynienia z wydarzeniem, które wyznacza trendy, a dla wielu kompozytorów jest szansą na zaistnienie i pozyskanie międzynarodowego uznania.

Tegoroczna, jubileuszowa, 50. edycja festiwalu obfitowała w różnorodność. Przez kolejne dziewięć dni (21-29 września 2007) publiczność mogła wysłuchać dwudziestu dwu koncertów – odbywających się między innymi: w hali Expo (Xenakis), Wytwórni Wódek „Koneser” (Stockhausen), Filharmonii Narodowej (Lachenmann) czy w Studio S1 (Furrer); na jesiennej mapie znalazły się również takie miejsca jak: Akademia Muzyczna, Centrum Artystyczne M25, Montownia, Fabryka Trzciny, a nawet hala sportowa na Ochocie, gdzie wykonano operę mrTVA? Makety Dvorakovej i Ivo Medeka. W krótkim artykule nie sposób opisać całości festiwalu, poprzestanę więc na zaznaczeniu kilku (w moim odczuciu najważniejszych) wydarzeń tej Jesieni.

To, co miało miejsce w hali Expo w sobotę 22 września można porównać do karuzeli z mnóstwem atrakcji. Wielka orkiestra katowickiej Akademii Muzycznej, elektronika i soliści w ogromnym i surowym wnętrzu hali wystawowej. (niestety akustyka owej hali często niekorzystnie wpływała na odbiór utworów). Nie wszystkie kompozycje powalały, jednak utwór Iannisa Xenakisa Nomos Gamma (na 98 muzyków ustawionych wśród publiczności) wywołał prawdziwą furorę. Kompozycja pełna niesamowitych brzmień, uwydatnionychm. in. oryginalnym rozmieszczeniem orkiestry w przestrzeni, wprawiała momentami w osłupienie. Z różnych stron sali dochodziły niespodziewane odgłosy, poza tym w sposób wyjątkowy wykorzystano perkusję, która „raziła” ogromnym ładunkiem energetycznym. Ten utwór, powstały w latach 1967/68, dowodzi, że traktowanie orkiestry w kategoriach stosowanych przez klasyków wiedeńskich czy romantyków jest anachronizmem. Dystans między wykonawcą a odbiorcą został znacznie zredukowany, percepcję zaś uzależniono od przypadku (i to dosłownie – nie do przewidzenia było, jacy instrumentaliści znajdą się w pobliżu).

Dzień później publiczność oszalała na punkcie utworu niemieckiego kompozytora Helmuta Lachenmanna. Kompozycja o tytule Schreiben odznaczała się na tle innych świeżością brzmienia i doskonale przemyślaną koncepcją przebiegu wykonania. Specyficznie rozmieszczona orkiestra emitowała przeróżne barwy dźwiękowe, muzycy wykazali się niesamowitą precyzją wykonawczą i zaangażowaniem (szczególnie jeśli chodzi o nietypowe metody wydobycia dźwięku: stukanie, szuranie, pocieranie – nawet o pulpity). Kompozytor stworzył opus perfekcyjne w każdym calu, nie tracąc czasu na zbędne dźwięki. Można by nazwać to dzieło spektaklem na orkiestrę, z dopracowanym scenariuszem i scenografią. Owacje na stojąco.

Poniedziałkowe koncerty zapewne byłyby wspominane miło i przyjemnie, gdyby organizatorzy ograniczyli się do zaprezentowania pięknego utworu Toshio Hosokawy Voyage IX „Awakening” na orkiestrę i gitarę solo oraz Nokturnu w czerwieni i błękicie Zbigniewa Bargielskiego, z wiodącą partią skrzypiec wykonaną przez Kubę Jakowicza. Niestety (a może i stety, bo przecież każdy lubi atrakcje), podczas wykonania utworu Giji Kanczelego Kapote doszło do prawdziwego skandalu – publiczność nie wytrzymała nerwowo nędznej i kiczowatej kompozycji. Zaczęło się od tłumienia ataków śmiechu przy każdej frazie opartej na triadzie harmonicznej. W miarę upływu czasu śmiała się już zdecydowana większość słuchaczy. Później próbowano przerwać wykonanie brawami, co wywołało oburzenie pewnej pani, która postanowiła uciszyć salę, by orkiestra mogła dokończyć utwór. Skończyło się na wybuczeniu, wygwizdaniu i ogólnym „linczu”. Dlaczego doszło do wykonania utworu o tytule Kapote? Przecież w żadnym stopniu nie pasował do tego festiwalu. Na to pytanie odpowiedź zna chyba tylko rada programowa. Oby taka sytuacja już nigdy się nie powtórzyła – trudno powstrzymać się od śmiechu wobec tak silnego bodźca, jakim była ta potworna muzyka.

Dwa dni później czekała nas prawdziwa uczta dla ucha w Studio S1 – na koncercie świetnej orkiestry Klangforum Wien pod kierownictwem Beata Furrera. To właśnie utwór dyrygenta stał się hitem wieczoru: czteroczęściowa kompozycja Fama-Szenen. Fama jest kobietą, panią „domu, który rozbrzmiewa” odbijając odgłosy ziemi. Dzieło można określić jako teatr dźwiękowy – w którym narrację prowadzą niemal na równi z orkiestrą dwie sopranistki i aktorka. Szczególną rolę w utworze odgrywa rzadko spotykany na estradach instrument – flet kontrabasowy (towarzyszący aktorce w trzeciej części utworu). Niskie, szumiące, przypominające dźwięk ludzkiego oddechu brzmienie przyciąga uwagę. Niekiedy flecistka podejmuje „rozmowę” za pomocą swojego instrumentu: duet aktorka – flet brzmi surowo i ascetycznie, jednak ani przez moment nie nuży. Bogactwo dźwięków i kolorów jakie zawiera w sobie ta kompozycja, jej przemyślany i konsekwentny przebieg oraz wspaniałe wyczucie instrumentarium sprawiły, że utwór został przyjęty przez wiele osób gromkimi brawami i owacją na stojąco.

Podejmując wątek nietypowych instrumentów, warto wspomnieć o kompozycji, która została wykonana w przedostatni dzień festiwalu w sali kameralnej Filharmonii Narodowej. W utworze Izvir (Źródło) kompozytor Uros Rojko brawurowo wykonał partię pół-klarnetu (!). Towarzyszyła mu orkiestra Aukso, która jest jednym z najlepszych w Polsce zespołów wykonujących muzykę współczesną. Sam charakter kompozycji był na wskroś poważny (cytuję słowa kompozytora: „Źródło- synonim nowych narodzin – nabiera dziś znaczenia tragicznego”), jednak solista zdołał rozbawić publiczność tworząc mały teatr instrumentalny ze swoim wyjątkowym klarnetem w roli głównej. Dodam tylko, że po przerwie Agata Zubel oczarowała publikę swoim głosem w kompozycji Krzysztofa Wołka Eppur si muove (A jednak się kręci).

Na koncert do Wytwórni Wódek „Koneser” wybierałam się dość niechętnie (bo późna pora, bo daleko…). Poza tym gdzieś w podświadomości miałam zakodowane uprzedzenie do specyficznej estetyki Stockhausena. Błądzenie jest rzeczą ludzką. Koncert (a raczej „misterium”) stał się jednym z najbardziej przejmujących wydarzeń tej Jesieni. Spowita ciemnością sala fabryczna, pełna dziwnie rozlokowanych słuchaczy, od samego początku wprawiała w nastrój, w którym można się było czuć nieswojo (co powodował zwłaszcza wyświetlany na ścianie Księżyc). Oktophonie to dzieło przytłaczające i wyzwalające zarazem. Trwająca ponad 70 minut projekcja elektroniczna sprawia, że pojęcie czasu przestaje mieć znaczenie, a doskonałej jakości dźwięk jest jedyną przestrzenią. Muzyczne katharsis.

Ostatni koncert festiwalu odbył się w warszawskiej Filharmonii – z pompą i przytupem, z wielkim chórem i masą instrumentalistów, z Antonim Witem i muzyką kantatowo-oratoryjną… eh. Dzieła Gubajduliny (Siedem czar gniewu i Zmartwychwstanie wg św. Jana) były bardzo ciężkostrawne. Po co tyle krzyku, po co ten patos i sztuczne emocje? A wszystko to w konwencji wielkich form wokalno-instrumentalnych, takich, co niemiłosiernie się dłużą, z nieustannie piszczącymi sopranami (na marginesie: bardzo podoba mi się stwierdzenie mojego kolegi, że partia organów utrzymana była w fakturze łokieć kontra łokieć). Utwór Pendereckiego o tej samej, wielkanocnej tematyce – Jutrznia – Zmartwychwstanie Pańskie – był zdecydowanie bardziej skontrastowany formalnie i wyrazowo. Ciekawy zabieg stanowiło połączenie fragmentów wokalnych w stylu cerkiewnym z partią orkiestry utrzymaną w estetyce dwudziestowiecznej. Momentami orkiestra brzmiała bardzo agresywnie, co dawało interesujący efekt w zestawieniu z homofonicznymi i łagodniej brzmiącymi partiami chóru. Osobiście wolałam fragmenty, w których kompozytor zastosował bardziej kameralną obsadę. Być może wynika to z poczucia przesytu po wysłuchaniu utworów Gubajduliny.

Festiwal dobiegł końca. Będzie mi brakowało tej unikalnej atmosfery oczekiwania na koncerty, wspólnych rozmów o muzyce i nie tylko, biegania po Warszawie w celu jak najszybszego przemieszczenia się na miejsce kolejnego wydarzenia (na przyszłość – prośba do organizatorów, żeby dali szansę niezmotoryzowanym słuchaczom na udział we wszystkich koncertach). Szkoda również, że takie zespoły jak Klangforum Wien czy grupa Elision nie występują w naszych salach koncertowych „na codzień”. Ale bądźmy realistami.

W kontekście naszego ogólnonumerowego tematu – pojęcia wolności w muzyce – można by zadać pytanie: jaką wolność posiada kompozytor, do jakiego stopnia może się posunąć w realizowaniu swojej koncepcji artystycznej? W tym roku na festiwalu wysłuchaliśmy kilku utworów, które przekraczały pewne muzyczne granice. Było Oktophonie Stockhausena, w którym kompozytor eksperymentuje z czasem, czy Nomos Gamma Xenakisa, gdzie eksperyment opiera się bardziej na przestrzeni. Były „nietypowe” instrumenty i koncerty muzyki improwizowanej. Swoją drogą można by też zapytać o wolność słuchacza. Reakcja publiczności na utwór Kanczelego u niektórych osób wzbudziła oburzenie. Może i pewne zasady bon tonu zostały złamane, jednak czy to nie dla publiki organizuje się festiwale? Przecież to odbiorca nadaje sens dziełu, bez niego sztuka by nie istniała. Dlaczego więc miałby on udawać, że coś jest dobre (skoro nie jest) i godzić się na promowanie słabej twórczości, podczas gdy wielu świetnych artystów pisze do szuflady i latami czeka na bycie dostrzeżonym?

Czy „Warszawska Jesień” jest festiwalem awangardowym? Trudno jednoznacznie określić czym w dzisiejszych czasach jest awangarda (nie jako synonim ekstrawagancji). Aleatoryzm, spektralizm, elektroakustyka – nie są bynajmniej nowymi zjawiskami. Oczekuje się więc innowacyjnego i interesującego brzmienia, które w zgodzie z formą tworzyłoby integralną całość. Indywidualności, które nie potrzebują protekcji, bo ich twórczość obroni się sama. Wykonań utworów, co do których wiadomo, że w 100% została zrealizowana koncepcja kompozytora. Takiego panowania nad czasem, by słuchacz potrafił odnaleźć się w nowej dźwiękowej przestrzeni nie odczuwając znużenia. Nie wystarczą same pomysły, istotne jest głębokie przemyślenie dzieła nie tylko przez kompozytorów i wykonawców, ale i jego odbiorców. Bo większą wartością w sztuce niż doskonały nawet warsztat, są treść i prawda, jakie za jego pomocą mogą nam być przekazane.

Niech żyje nam Jesień sto lat!

Komentarze »

Napisz pierwszy komentarz.

Subskrypcja RSS. Adres TrackBack

Odpowiedz

Strona działa na silniku WordPress w wersji polskiej.
Układ/funkcjonalność strony w znacznej mierze oparto na motywie (theme) "Tranquility White" autorstwa Roya Tancka w tłumaczeniu azWeb dla Polskiego supportu WordPress.