Halucynacje

Carlo Gesualdo, Książę Venosy.

Młodszy syn w książęcym rodzie. Od dziecka nieco pomijany. Przeznaczony na duchownego, nie chciał nim zostać. Dziwny chłopiec o niezgłębionym spojrzeniu. Czy już wtedy to w sobie nosił?

Maria Peryt

Kochał tylko muzykę. Dla niej żył, oddychał, myślał. Jego fenomen zawierał się nie tyle w wolności, co w ścieraniu się niezwykłej jak dla muzyka swobody i zwykłych, ale jak bardzo niewygodnych dla niego konwencji dworskich. Wszystko byłoby dobrze, gdyby żył Luigi. Feralny dzień. A przecież nic nie zapowiadało katastrofy. Śnieg, mróz, ale od dwóch dni słońce. Luigi wybrał się na polowanie. Na śniegu (rzadkim w Neapolu) najlepiej widać ślady. Patrz! Tam! Chwila euforii. Koń. Cienki lód i… Carlo Gesualdo będzie nowym księciem Venosy. Oczy wszystkich zwrócone są od tej chwili na niego.

Taki był początek przełomu w życiu młodego kompozytora, który dał pożywkę owym niesamowitym pogłoskom, osnutym mroczną tajemnicą. I to w renesansie! Pod nosem szalejącej Świętej Inkwizycji! Niezwykły był ten książę Venosy. Wiedzieli to jego krewni. Wiedziała służba na dworze. Wiedział też prosty lud Neapolu. Wiedział i szemrał. Ale zacznijmy opowieść od początku.

*

Carlo i jego starszy brat, Luigi, urodzili się najprawdopodobniej w Neapolu mniej więcej w połowie XVI wieku. Chłopcy dorastali pod troskliwą opieką. Luigi był dokładnie taki, jaki powinien być książę. Silny, odważny, energiczny. Jego pewność siebie budziła respekt i zaufanie. Czy miał wiele wspólnego z Carlem – tym chudym, cherlawym chłopakiem, któremu nie w głowie były przygody i zabawy? Żyli w zupełnie innych światach.

Młodszy syn. Chodzące nie-wiadomo-po-co. Gdyby miał w sobie choć tyle taktu, żeby nie stanowić problemu dla brata. Powinien iść do seminarium. Szybko zostałby biskupem, kardynałem, a może nawet papieżem. Ależ to byłby splendor dla rodziny! Ale Carlo uznał, że nie czuje powołania i postanowił nie uczynić zadość pragnieniom krewnych.

Jak mógł się czuć? Samotny i wyobcowany. Nie mógł być zaakceptowany przez otoczenie. Nie chciał też sam zrozumieć reguł rządzących jego światem. Zresztą gdzie tak naprawdę było jego życie? Wokół czego krążyły nieustannie jego myśli? Kiedy czuł się człowiekiem, istotą z krwi i kości? Kiedy życie nabierało kolorów i rozpędu? Mater Musica. Tylko jej umiał służyć. Tylko jej mógł być kapłanem. Tylko wśród jej synów czuł się na swoim miejscu. I tak było dobrze. Był szczęśliwy. To nic, że nawet służba traktowała go z pobłażaniem. Lubił nic nie znaczyć.

Tytuły i obowiązki spadły na niego znienacka po śmierci Luigiego i zrujnowały spokój jego życia. Carlo od początku czuł, że ciężko mu będzie odnaleźć się w nowej sytuacji – i cóż, nie pomylił się. Coraz mniej czasu mógł poświęcić na muzykowanie. Tracił cenne godziny na rozmowy z prawnikami, przeglądanie akt, rozstrzyganie dziwnych, abstrakcyjnych sporów. Kradzieże, zamieszki, podatki, drobne utarczki. Jakby ludzie nie mieli prawdziwych problemów. Weźmy na przykład taki kontrapunkt…

*

Mistrz Jean jest nieugięty. Nie można go przekonać do nowych pomysłów. A na chromatykę reaguje wręcz alergicznie. Oczywiście z jednej strony ma rację, nie można przecież ot tak negować dorobku wielkich kompozytorów, ale jak można zamykać oczy na te wszystkie niesamowite, nowatorskie pomysły. Napisałem ostatnio nowy madrygał. Nie jestem zadowolony. Muzycznie jest bez zarzutu, ale tekst nie daje rozwinąć się w pełni talentowi. Jak komponować do tych płytkich słów? Taka muzyka nic nie znaczy! Nie może znaczyć! Czy słyszałem o Tassie? Ależ tak, Torquato był tu nawet kiedy byłem dzieckiem. Fascynujący, niezwykły poeta. Naprawdę? Udało mu się uciec? Boże, siedem lat w więzieniu z obłąkanymi. Ciekaw jestem, czy bardzo się przez to zmienił. Będzie zapewne pamiętał Ferrarę do śmierci. Słyszałem, że zwariował. Nigdzie nie zagrzał miejsca. Prześladują go ponoć demony. Nie może sobie poradzić od kiedy wydano Jerozolimę Wyzwoloną. Ale skoro jest na wolności… gdybym go zaprosił, napisałby może dla mnie kilka wersów? To geniusz, jego talent wespół z moim… Muszę, muszę napisać do jego tekstów choć kilka madrygałów.

Rozgorączkowany, bierze do ręki pióro, macza koniec w atramencie.

–  Ten list musi jak najszybciej trafić do Pana Tassa.

Służący sięga po opieczętowaną kartkę. Ręka mu drży. Książę wygląda upiornie, wzrok ma utkwiony gdzieś ponad jego głową. Szybko wychodzi. Lepiej nie przebywać w takich chwilach za blisko Carla Gesualdo. Ludzie mówią, że jest nawiedzony.

*

Żadna porządna opowieść nie może się obyć bez „pięknej”. Ciekawe, że tę historię napisało życie, ale i tu się pojawiła. Maria d’Avalos. Ciemne włosy, dostojne rysy, przenikliwe spojrzenie. Najpiękniejsza z kobiet w Neapolu. Obdarzona nie tylko niespotykaną urodą, ale też nieokiełznanym temperamentem. Jej pierwszy mąż umarł młodo. Krążyły plotki, że wypalił się w małżeńskim łożu.

Czy mogła istnieć gorzej dobrana para niż tych dwoje? Do wszystkich uciążliwych obowiązków Carla rodzina postanowiła dorzucić jeszcze jeden. Ślub. I znów dokumenty, podpisy, rozmowy. Z narzeczoną też niestety trzeba spędzać trochę czasu. Uff, żałoba, zmarł Karol Boromeusz. Choć chwila spokoju (pogrążony w smutku nie może przecież biegać do narzeczonej). Ale już po wszystkim, przygotowania ruszają pełną parą. Czy to się kiedyś skończy? Książę ma ważniejsze sprawy na głowie. Torquato odpisał. Jest w Rzymie. A gdyby tak do niego pojechać? Maria patrzy na niego z mieszaniną oburzenia i niedowierzania. Czy naprawdę ten stuknięty chuderlak nie widzi kogo dostaje za żonę? Przecież stoi przed nim – piękna, niepokojąca. Jak to możliwe, że chcą ją wydać za jedynego człowieka w Neapolu, który potrafi wobec niej pozostać obojętny! Nieraz po ślubie będzie się zastanawiać czy Carlo choć trochę ją kocha. Mater Musica. Jak konkurować z tą nieuchwytną dziwną materią? Jak żyć z człowiekiem, który odżywa dopiero po przekroczeniu progu pokoju muzycznego? Nic go nie obchodzi. Nawet ona. Zresztą nie chce jej się tam przebywać. Carlo wciąż sprowadza sobie jakichś plebejuszy, którzy nie mogą jej mieć nic ciekawego do powiedzenia. I o co im chodzi z tą chromatyką i diatonią, czy jest sens spierać się o jakieś bzdury tak zaciekle?

Czyli żyją obok siebie. Dwie indywidualności. Połączeni świętym węzłem małżeńskim. Chyba nieustannie zdumieni jak to się mogło stać, że sypiają we wspólnym łożu. Czy zdziwicie się jeśli dodam, że pojawia się „ten trzeci”?

*

Carafowie. Ród który wydał papieża o żelaznej ręce i kardynała-mordercę skazanego na śmierć przez kolejnego papieża. Zaciekli wrogowie Hiszpanów. Dumni i butni. Rodzony brat jej pierwszego męża, Fabrizio Carafa. Przystojny, czarujący, silny. Imponował jej od dziecka. A teraz został prawnym opiekunem jej syna z pierwszego małżeństwa. Przychodził często rozmawiać z nią o swoim bratanku.

Coraz częściej.

Zbyt często?

*

Ale nie wszystko naraz. Zatrzymajmy się na chwilę w pobliżu muzyki Carla Gesualda. Różnił się od innych ludzi. Był dziwny, niekonwencjonalny, wyobcowany. Sprawiał często wrażenie nieobecnego. Kiedy na jego twarzy zaczynało malować się roztargnienie, a w głębi ciemnych źrenic płonęły iskry obłędu, nikt ze służby nie chciał być w pobliżu. W takich momentach Pan tworzył. Zapisywał swoje myśli ujęte w nuty madrygałów. Czy słyszeliście kiedyś któryś z jego utworów? Podobno niczego nie da się ukryć w muzyce. Carlo Gesualdo również nie uniknął odsłonięcia duszy. Jego dzieła stanowiły ewenement już w momencie ich tworzenia, ale dziś intrygują jeszcze bardziej. Wtedy była to tylko niekonwencjonalna droga kompozytorska. Dziś – wiekopomne odkrycie. Nie stosował już modalności, ale też nie pisał tonalnie. Już od ponad 100 lat kompozytorzy próbują wymyślić nowy system dźwiękowy, który będzie mógł stanowić alternatywę dla tonalności dur-moll. Ciekawe, że ktoś, już tak dawno taki system stworzył. Jeszcze bardziej interesujące jest to, dlaczego nikt nie poszedł tym tropem. Dlaczego właściwie ludzkość wybrała dur-moll? Czyżby wciąż bliższa nam była sztywna norma niż wolność? Widzisz księcia Venosy w swojej wyobraźni? Czujesz jego wewnętrzny bunt, poparty nieugiętą wolą? Możesz dotknąć pasji z jaką podchodził do muzyki? Wyobraź to sobie – muzyka współczesna w renesansie! To dopiero awangarda! Niespotykana odwaga Carla Gesualda i szczerość – pisał, bo nie mógł inaczej, było to silniejsze od niego. Tylko poprzez muzykę mógł wyrazić to wszystko, co widział najczęściej wewnątrz i dookoła siebie – ból, żal, cierpienie, ludzkie niedole, podłości. Nie mógł tego wypowiedzieć, więc wyśpiewał to w swoich madrygałach. Maria, jego żona, a cudza… nie, to nie może być prawda… Popatrzmy mu prosto w niezwykłe oczy. Wszystko się w nich kryje. W nich i w jego muzyce.

*

Był dziwakiem, to prawda. Ale nie był głupcem. Niezwykle bystry. Od dawna wiedział o uczuciu jakim jego żona darzyła Fabrizia. Znał go równie dobrze i długo co ona, ale ostatnio jego częste wizyty zaczęły mu przeszkadzać. Służba szepcze za jego plecami. Nie może się pokazać w towarzystwie, aby nie wzbudzać małego poruszenia, którego pewnie nie powinien zauważać. Nie chce wierzyć w to, co jest dla niego aż nazbyt oczywiste.

Czy kocha Marię? Bardziej wie, niż czuje, że jest piękna. Nie mają sobie zbyt wiele do powiedzenia. Umie trochę śpiewać, ale nie robi tego zbyt często. Nie interesują jej jego przyjaciele, znakomici muzycy. Jest kapryśna, ale może takie jest jej prawo.

Starał się ją zadowolić. Ostatnio nawet został dłużej na jej urodzinowym balu. Wśród tych wszystkich obrzydłych twarzy. Tłok, tumult. Nie znosi tłoku. Uciążliwe bóle głowy nasiliły się ostatnimi czasy. Ale mimo to wytrzymał prawie cały wieczór. Z szacunku dla niej. Pozory. Gdyby można było uciec od całej tej zgrai hałaśliwych tchórzy wystrojonych w barwne piórka. Ale ona to kocha. Towarzystwo jest jej potrzebne jak powietrze. Jak jemu muzyka.

Dźwięki łączą się ze sobą w dziwne brzmienia. Całość tchnie niesamowitością. W rozedrganym powietrzu czuć napięcie, emocje, dużo silniejsze od tych, które da się wypowiedzieć. Myśli biegną jeszcze szybciej niż muzyka. Taka hańba. Dysonans, chwila oddechu i jeszcze jeden. Czuje zamęt w głowie. Myśli mieszają się w dźwiękach, a dźwięki przechodzą z natchnienia na papier. Głowa go boli. Za chwilę nie wytrzyma. Świat wiruje. Robi się coraz zimniej. Jeszcze chwila, ostatnie takty. Życie osnuwa ciemność.

Wezwijcie medyka. Maria obojętnie zajmuje się mężem. Znowu mu się to zdarzyło. Może to i lepiej, będzie przez jakiś czas nieprzytomny, potem potrzebny mu będzie wypoczynek. Czy rozsądnie jest teraz posyłać po Fabrizia? Ostatecznie – cóż Carlo może jej zrobić? Im dłużej to trwa, tym bardziej czuje się zuchwała i niezależna. Nie myśli o tym, że to wszystko jest nie w porządku. Spełniła warunki umowy. Mieszka z nim, wytrzymuje kolejne tygodnie. Urodziła mu dziecko. Chyba nikt nie oczekiwał, że będzie go do tego wszystkiego darzyła uczuciem.

*

Otworzyłem oczy. Tak długo się z tym zmagałem. Ale w końcu przejrzałem. To nie może trwać wiecznie. Maria nie jest dzieckiem, wie co robi. Nigdy się ze mną nie liczyła, ale ta ostentacja jest nie do zniesienia. Czy mogę to dłużej tolerować? Dlaczego musiałem zostać księciem? Żona. Też coś! A do tego jeszcze to dziecko. Przecież ja nie znoszę dzieci! Nie. Nic już jej nie jestem winien. Chodzę roztrzęsiony. Nie mogę tworzyć. Co robić? Co mogę zrobić…

–  Jadę na polowanie.

Oczy Marii rozbłysły. Krząta się wkoło męża. Ona nie jedzie. Czyż nie jest wspaniałą żoną? Zatroszczyła się o wszystko. Nie będzie go przecież aż trzy dni. Trzy długie dni…

Padał deszcz. Zimne strugi lały się za kołnierz nielicznym przechodniom na placu przed pałacem Gesualdów. Czterech ponurych jeźdźców przemieszczało się szybko w kierunku lasu. Ten i ów obejrzał się za nimi, ale dziś było tu pusto. Złowieszcza aura tego popołudnia była aż nazbyt wyczuwalna. Czas płynął powoli. Carlo nie czuł ani zimna, ani złości. Wiedział już, co powinien zrobić. Maria nie pozostawiła mu wyboru. Najwyższy czas to zakończyć. Powiedzieć sobie prosto w twarz co jest między nimi. Od dłuższego czasu jej dziś nie widział. Ale przecież dobrze wie gdzie jest i z kim. Nie. To ponad jego siły. Nie zrobi tego. Spokojnie. Nie będzie sam. Ktoś już jest tuż obok. Pomoże mu. Ta sprawa musi w końcu zostać rozwiązana.

Krople uderzają o szyby. Rytm nowego utworu już pulsuje mu w skroniach. Czy naprawdę się na to zdobył? Kiedy powinien to zrobić? Słyszy w głowie swój własny obłęd. Pusty śmiech. Cichą, jadowitą zemstę. Z każdą minutą staje się to dla niego coraz bardziej oczywiste. Nie ma innego wyjścia. I nie ma też już odwrotu.

Obok niego stoi kilku ponurych morderców. Wyciąga rękę przed siebie. Czuje chłód klamki. Chwila wahania. Może powinien to jednak załatwić po swojemu.

Pusto. Ludzie jakby przyczaili się w swoich norach. Słońce razi księcia w oczy. Jest zupełnie sam. Patrzy na świat za oknem pokoju muzycznego. Naprawdę nikogo tu nie ma. Nie słyszy szeptów. Nie czuje presji. Sam dla siebie. Niezwykłe uczucie. Dobrze. Bardzo dobrze się stało. Biel zachmurzonego nieba kłuje w oczy. Osłania je ręką. Jakieś postacie majaczą daleko za bramą. Co najmniej kilka osób. Już wiedzą? Nie zostało mu więc wiele czasu. Odwraca znużoną twarz od okna. Siada do klawesynu. Mater Musica. A niech tam…

*

Czarny książę Venosy, Carlo Gesualdo. Czy fascynowałby nas tak samo, gdyby ich nie zamordował? Krew na rękach kompozytora zostawiła też ślad w jego utworach. Był zbyt wrażliwy, żeby o tym nie pamiętać. Jego muzykę z wolna zaczęła osnuwać coraz gęstsza mgła. Coś niesamowitego i złowieszczego wyczuwamy do dziś pomiedzy wierszami jego madrygałów. Czy zbrodnia wyszła na jaw? Czy spotkała go kara za to, co zrobił? Kto przeszkodzi mu za parę minut, zakłócając spokój klawesynowej improwizacji? I jak to się właściwie stało, że spokojny na co dzień książę postanowił popełnić zbrodnię? Nie zastanowiło was, kto mógł mu podpowiedzieć taki rozwój wypadków?

Wspominałam wam już o Giuliu? Nie? A to wielka szkoda. Cóż, teraz już na to za późno. Przyjdzie wam trochę poczekać na ciąg dalszy tej opowieści.

1 komentarz »

  1. Muzyka Gesualda interesuje dziś nielicznych. Zastanawiające, dlaczego właściwie jest tylko poletkiem muzykologów i nielicznych pasjonatów. Częściowo z pewnością dlatego, że przekroczyła swoje czasy, że nie tego spodziewamy się pod hasłem “muzyka renesansu”. Że zaskakuje brzmieniem, które ucho kojarzy z czasem współczesnym. A dla przeciętnego odbiorcy i tak pozostaje do dziś bardzo trudna. Modalność, tonalność - kto wdaje się w takie niuanse? Kto umie je dziś docenić i usłyszeć? W dodatku ta odstręczająca biografia, szalona, nie do końca poznana, przerażająca, do dziś strasząca nie tylko opowieścią o krwawym mordzie na niewiernej żonie, ale także o nieszczęsnym niemowlęciu zakołysanym na śmierć przy dźwiękach muzyki.
    Tak, oglądałam kiedyś, dawno temu “Śmierć na pięć głosów” Herzoga.
    Z taką samą fascynacją przeczytałam powyższy esej.
    Myślę, że trzeba opowiedzieć tę historię do końca. Chociaż się nie chce. Bo już niczym nie da się wytłumaczyć tego, co było dalej. Tak trudno to zrozumieć.
    Tak, gdybym mogła wybierać, wolałabym móc słuchać tej niezwykłej muzyki bez bagażu historii. Ale już za późno.

    strumyczek — 25.08.2009 @ 22:39

Subskrypcja RSS. Adres TrackBack

Odpowiedz

Strona działa na silniku WordPress w wersji polskiej.
Układ/funkcjonalność strony w znacznej mierze oparto na motywie (theme) "Tranquility White" autorstwa Roya Tancka w tłumaczeniu azWeb dla Polskiego supportu WordPress.