Gdzie tkwi problem?
Świat muzyki z zewnątrz wygląda bajecznie. Wszyscy robią to, co kochają. Są szczęśliwi, pochłonięci swoją pasją. Cały czas poświęcają na rozwijanie talentu. Czy nie tak większość z was postrzega świat muzyków?
Przyjrzyjmy mu się jednak z bliska. Ludzie od dziecka przykuci do instrumentu na dobre i na złe – z czasem tracą zapał. Miłość do muzyki stygnie. Na jej miejscu pojawia się chłodne rzemiosło lub wręcz chałturnicze podejście. Im dłużej to trwa, im więcej rozczarowań nas spotyka, tym mniej wiemy po co gramy. W końcu przychodzi moment rozliczenia, kiedy wielu ludzi po kilkunastu, czy nawet kilkudziesięciu latach grania rzuca to bezpowrotnie. Innych dopada frustracja, zmęczenie, bezsens. A przecież na początku nie wyobrażali sobie życia bez muzyki. Jak mogło do tego dojść?
Najczęściej powtarzaną teorią jest ta mówiąca o skrępowaniu muzyki, czyli uznająca, że to zakucie nas w konwencje zabiło uczucie. Długo zgadzałam się z tą myślą. Jednak ostatnio zaczęłam penetrować tę kwestię głębiej i teraz muszę ją zanegować. Skoro czujemy się zamknięci w za ciasnym pudełku, dlaczego tak niewiele osób stara się z niego wydostać? Większość z tych, którzy kontynuują muzyczne wykształcenie brnie w znienawidzone (rzekomo) konwencje z uporem maniaka. Więcej. Im usilniej staramy się „przezwyciężyć” to, co nas w muzycznym świecie gniecie, tym mocniej się z tym wiążemy. Ba! Po jakimś czasie nawet utożsamiamy się z ideami, które dawniej były nam tak odległe.
Moja teza dzisiaj jest więc taka – problem tkwi w naszych głowach. I to my, młode pokolenie, jesteśmy winni temu, że muzyka (miłość naszego życia?) jest w tak opłakanym stanie. Wszelkie próby zrzucenia odpowiedzialności za to na bezimienny „system”, „układy”, czy „wrednych profesorów” są nie tylko bezcelowe, ale też niebezpieczne. Uspokajamy swoje sumienia, a tymczasem muzyka umiera. Na koncertach w Filharmonii Narodowej czuje się powiew śmierci. Młodzi nie przychodzą. A skoro my nie umiemy się przeciwstawić własnemu marazmowi, jak chcielibyśmy pokazać innym, być może mniej wtajemniczonym, na czym polega niesamowite piękno naszej dziedziny?
Pierwszy numer gazety. Cała reaktywacyjna działalność. Wiele zapału, pomysłów, ale też trudu i przeszkód. Piszę o tym po to, żeby przypomnieć sobie, ale też wam wszystkim, którzy czytacie ten tekst, że mamy niepowtarzalną szansę zmienić coś w sferze kultury w Polsce. Tylko od nas zależy jak wykorzystamy możliwości, które daje nam Jeunesses Musicales. Możemy pisać, mówić, organizować, propagować, tworzyć, wykonywać, spełniać może już dawno porzucone własne lub innych marzenia. Możemy proponować nowy styl przekazywania muzyki czy sztuki w ogóle. Możemy dziś tak wiele, że trudno to nawet wymienić czy w pełni sobie uświadomić. Zresztą nawet jeśli jedynym plusem takich działań będą tylko wyniesione przez nas doświadczenia i wspomnienia, w których przechowamy jakimś cudem młodzieńczy entuzjazm – myślę, że warto.

Good job!!!
AJ — 30.11.2007 @ 22:57
Poruszono tu kilka problemów, które moim zdaniem nie mają wspólnego źródła. Kryzysy w życiu muzyka są naturalnym wynikiem rozwoju osobowości i świadomości artystycznej. W chwili, gdy środki wyrazowe, którymi dysponuje wykonawca/kompozytor nie są wystarczające do osiągnięcia takiej realizacji artystycznej, jaka została zamierzona, rodzi się pewnego rodzaju zmęczenie i zniechęcenie. Najczęściej powstaje wtedy blokada psychiczna uniemożliwiająca dalsze twórcze działanie. I tu przechodzimy do kluczowej kwestii, a mianowicie do różnicy pomiędzy artystą, a nie-artystą. W przypadku tego pierwszego blokada zostaje prędzej czy później przełamana, co wiąże się też z wejściem na wyższy poziom świadomości muzycznej (w przypadku wykonawcy np. lepsze odczytywanie narracji muzycznej utworu, czy odkrycie sposobu na wydobywanie zamierzonego brzmienia). W przypadku drugim pewne granice okazują się niestety niemożliwe do przekroczenia. Jednak nie powinno być to powodem odwracania się od muzyki - trzeba zaakceptować ograniczenia i szukać takich form obcowania z nią, które będą dawały satysfakcję. Trochę innym problemem jest kryzys występujący po 20-30 latach uprawiania muzyki - działa tu wiele czynników i każdy przypadek może być inaczej uwarunkowany. Jeśli chodzi o poglądy, że “muzyka umiera”, “na koncertach w Filharmonii Narodowej czuje się powiew śmierci” i “młodzi nie przychodzą” to zupełnie się nie zgodzę. Muzyka zaczyna się u nas odradzać. Umiera natomiast obrzydliwy klasyczno-romantyczny sposób myślenia o niej. Ludzie mają dość papki, którą serwują filharmonie (w tym FN, gdzie większość repertuaru to jakieś Beethoveny i Dworzaki), a chcą czegoś świeżego i “na czasie” - stąd renesans muzyki dawnej i wzrost zainteresowania muzyką współczesną. Widać to nawet po reakcjach na WJ. Zatem najlepiej odsunąć złe myśli i robić swoje. Jak to ujmuje jedna stacja radiowa “alleluja i do przodu” ;)
MeseMeson — 04.12.2007 @ 14:10
no, zaszalałaś jeśli chodzi o powiew śmierci;) z tymi młodymi w fn to też nie ze względu na brak zapału nie przyjmują, ale to kiedyś pogadamy. 3maj się! pozdrawiam serdecznie :]
Jerz — 08.02.2008 @ 23:34