Cuchnące dźwięki nad Wisłą

Polska jest krajem pełnym kontrastów. Z jednej strony wciąż liżemy rany po prawie pięćdziesięciu jałowych latach destruktywnego komunizmu, z drugiej, oczekujemy szybkiego wyrównania poziomu życia z państwami Europy Zachodniej. Wierzymy w obiecane cuda, aby następnego dnia narzekać na beznadziejny poziom klasy politycznej, żądamy sportowych sukcesów, nie opierając owych żądań na żadnych racjonalnych przesłankach, nie posiadając baz treningowych, ani tym bardziej pieniędzy na ich budowę. Dzieje się tak, albowiem jesteśmy narodem bardzo ambitnym. Czujemy wielką historyczną niesprawiedliwość i chcemy zadośćuczynienia tu i teraz. Życie pokazuje jednak, że w wielu dziedzinach sami blokujemy sobie dostęp do sukcesu i rozwoju, poprzez drastyczną niekompetencję pracujących na odpowiedzialnych stanowiskach ludzi. Tego typu problem od lat trawi polski przemysł muzyczny.

China

Gdyby mierzyć kondycję danej branży na podstawie osiągniętych sukcesów międzynarodowych, można by powiedzieć, że polska muzyka umiera. Nie możemy pochwalić się niczym znaczącym, polskie zespoły są poza granicami naszego kraju na ogół anonimowe. Tym bardziej należy oklaskiwać tych nielicznych, którym się arcytrudna sztuka zaistnienia na rynku światowym udała. Do tego elitarnego grona trzeba zaliczyć przedstawicieli muzyki ciężkiej (Riverside) albo bardzo ciężkiej (Vader, Behemoth). (W przypadku tych drugich, za niewątpliwy sukces nasz kraj nagrodził ich sztukę umieszczeniem na czarnej liście muzyki propagującej satanizm. Bez komentarza). Po wygraniu ostatniego konkursu chopinowskiego, postacią rozpoznawaną i docenianą w innych krajach stał się Rafał Blechacz, a jego pozycję potwierdza podpisanie kontraktu z renomowaną wytwórnią Deutsche Grammophon. Kilka ważnych postaci posiada również rodzimy jazz. Leszkowi Możdżerowi udaje się odnaleźć w znakomitych międzynarodowych składach, a jego klasę doceniła również legenda Pink Floyd – David Gilmour, zapraszając go do zagrania na swojej solowej płycie w 2006 roku. Anna Maria Jopek ma na koncie nagrania, koncerty i komplementy od fenomenalnego amerykańskiego gitarzysty – Pata Metheny’ego, a uznanie zdobywają również młodsze jazzowe formacje.

Niestety, kiedy skupimy uwagę na muzyce przeznaczonej dla mas, potrafiącej porwać tłumy, sprzedawać się w milionowych nakładach, gromadzić tysiące fanów pod ogromnymi scenami, Polska wypada niezwykle blado. Konia z rzędem temu, kto potrafiłby podać choć jednego naszego wykonawcę, którego obcokrajowiec wymieniłby jednym tchem z największymi sławami rocka, czy muzyki „okołorockowej” (bądź też popularnej, co jest określeniem nieprecyzyjnym, ale chyba oddającym istotę rzeczy). Takich prawdziwych polskich gwiazd niestety nie ma. Nie ma nikogo, kto sprzedałby wszystkie bilety na swój show w Londynie, Nowym Jorku czy Paryżu, bądź wspiąłby się na szczyty zachodnich list przebojów. Dlaczego Szwedzi mogą mieć zespół ABBA, a Węgrzy Omegę z nieśmiertelną dziewczyną o perłowych włosach? Czy jesteśmy gorsi o Niemców (The Scorpions), Norwegów (A-HA) lub Włochów (Zucchero)? Powyższe przykłady pokazują, że bariera językowa nie jest żadnym problemem w osiągnięciu międzynarodowego sukcesu, należałoby więc poszukać innych przyczyn naszego niepowodzenia.

Przyjmijmy, że to komunizm pozbawił nas światowych gwiazd, nie tylko nie pozwalając Polakom na rozwinięcie skrzydeł, ale również blokując napływ zachodniej muzyki do naszego kraju. Przy tym założeniu należałoby postawić tezę, iż kultura rock’n’rolla nie przedostała się przez żelazną kurtynę i do momentu obalenia feralnego ustroju pozostała Polakom oraz innym narodom pozostającym pod sowieckim wpływem zupełnie obca. Taki pogląd to oczywiście wierutna bzdura. Jakim cudem występ Queen zgromadził komplet kilkudziesięciotysięcznej publiczności w Budapeszcie w 1986 roku? Czy ludzie niezainteresowani taką muzyką przeznaczyliby swoją miesięczną pensję na bilet? Nonsens tej teorii pokazuje także ewidentny wpływ zachodnich artystów, jakiemu ulegali polscy wykonawcy. (Jako przykład może tu posłużyć Lady Pank, którego wczesne brzmienie do złudzenia przypomina sposób gry formacji The Police). Rock’n’roll okazał się silniejszy niż polityka. Przecież polska muzyka rozrywkowa nie wzięła się z tradycji wschodnich, dostosowywała się do rozmaitych trendów obecnych na całym świecie, a w wielu wypadkach nasze utwory różniły się od zagranicznych jedynie językiem. Oczywiście, komunizm mógł w znaczącym stopniu złamać kariery naszym artystom, ale przecież po przełomie ustrojowym droga na zachód stała się wolna. Powód polskiego niepowodzenia musi zatem leżeć gdzie indziej.

Sam będąc muzykiem poszukującym sposobu na dotarcie do szerszej widowni, chcąc nie chcąc zdążyłem częściowo poznać kulisy procesu, w jakim marzący o sukcesie artysta musi wziąć udział, aby to marzenie zrealizować. Gdyby do tej odrobiny wiedzy dodać obserwacje dotyczące rynku muzycznego w naszym kraju, odpowiedź na pytanie o polską muzyczną indolencję nasunęłaby się sama. Problemem jest brak szacunku dla młodych twórców. Często przeszukując oferty pracy trafić można na sformułowania w stylu: „potrzebny młody pracownik z co najmniej dwuletnim doświadczeniem”. Podobna sytuacja ma miejsce tu. Poważani są tylko wykonawcy znani. Młodych odsuwa się na bok. Polski system scoutingu praktycznie nie istnieje, a płyty z piosenkami w wersji demonstracyjnej (demo) przesyłane do wytwórni muzycznych w większości przypadków nie są nawet odsłuchiwane! Na wydanie płyty własnym sumptem właściwie nie ma co liczyć, gdyż sam koszt nagrania jest niebagatelny. Gdy do tego doliczymy środki potrzebne na promocję, bez której album zginie na rynku, cena przekroczy możliwości jakichkolwiek artystów stojących u progu kariery.

Do niechęci ze strony wytwórni, którą nazwać można też tchórzostwem czy chowaniem głowy w piasek przed ryzykiem, dołącza skrajny brak ambicji mediów, w szczególności radia i telewizji. Najpopularniejsze komercyjne stacje pierwszego z wymienionych środków masowego przekazu od lat idą po linii najmniejszego oporu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że listę utworów programuje tam komputer, a pojawienie się na niej nowego artysty z piosenką o wartości muzycznej i warstwie emocjonalnej odbiegającej od przeraźliwie niskiego standardu (świadomie zresztą przez media wykreowanego) graniczy z cudem. (Są od tego chlubne wyjątki. Znaną mi stacją odważnie stawiającą na młodych i jeszcze nieznanych jest na przykład „Antyradio”). Podobnymi specjałami raczy melomanów telewizja. Od lat na wielkich polskich festiwalach oglądamy ten sam beton. Z roku na rok oglądalność spada, ale nikt nie chce wyciągnąć z tego wniosków… Dlaczego napisałem, że niski standard puszczanej w radio młócki jest świadomie wykreowany? Odpowiedź jest prosta, a jej potwierdzenie znalazłem podczas oglądania wywiadu z dyrektorem pewnej komercyjnej rozgłośni na literę „Z”. Według tego pana, dobra muzyka nie istnieje, a radio służy do zaspokojenia potrzeb jak największej masy ludzkiej. Puszcza się zatem muzykę wypośrodkowaną, najlepiej jeszcze, aby przy okazji była ona dobrze znana. Zakłada się a priori, że polskie społeczeństwo nie ma żadnych wyższych potrzeb kulturalnych, że atakując je tym samym utworem kilka razy dziennie da się je łatwo urobić. Innymi słowy, obraża się nas każdego dnia, a my temu nawet przyklaskujemy.

Mimo tych przeciwności, poziom polskiej muzyki rozrywkowej nie jest wcale niski. Niestety, kapele są zmuszone do funkcjonowania w podziemiu. (Z tego zresztą powodu dumny termin „alternatywa” nabrał nowego znaczenia i teraz większość młodych zespołów jest alternatywna). Z warszawskiego punktu widzenia wygląda to tak, że chętnych i wiele potrafiących ludzi jest sporo; miejsc do koncertowania – już niestety dużo mniej. Tak czy owak, przechadzając się po muzycznych klubach często wracam do domu będąc pod ogromnym wrażeniem tego czy innego zespołu, którego potem szukam w Internecie (przeważnie na „MySpace”) i wybieram się na następny koncert. I tak w kółko. Jeśli nic się nie zmieni, to taki wykonawca na stałe ugrzęźnie w graniu undergroundowym. Jest to fajne do pewnego etapu. Potem trzeba sobie znaleźć „poważne” zajęcie. Kto wie, ile talentów umknęło nam już w ten sposób? Ile ich mają na sumieniu niekompetentni ludzie? Wystarczyłoby, żeby tacy „specjaliści” pracowali dawniej w innych krajach, a być może nigdy nie usłyszelibyśmy o takich zespołach jak Pink Floyd (którzy zaczynali od psychodelii) czy King Crimson (których granie do najlżejszych również nie należało). Ba, być może rock’n’roll nigdy by się nie urodził, ponieważ nigdy nie miałoby prawa dojść do rewolucji!

Dziś pojawiają się wreszcie pierwsze iskierki nadziei. Mało znany rzeszowski zespół Poise Rite zagrał w tym roku na słynnym festiwalu „Glastonbury”, nieźle sprzedała się także płyta projektu The Car Is On Fire, którego do standardowej radiowej sieczki nijak nie można zaliczyć. Festiwal „Open’er” w Gdyni przyciąga coraz większe rzesze spragnionych dobrej muzyki fanów. Czy odpowiedni ludzie zauważą te symptomy i wyciągną wreszcie wnioski ze swojej działalności? Jeśli wolimy ligę hiszpańską od polskiej, a chętniej przejechalibyśmy się Ferrari niż Fiatem, módlmy się o to. Polskę stać na światowej sławy gwiazdy muzyki. Trzeba tylko w to uwierzyć.

Komentarze »

Napisz pierwszy komentarz.

Subskrypcja RSS. Adres TrackBack

Odpowiedz

Strona działa na silniku WordPress w wersji polskiej.
Układ/funkcjonalność strony w znacznej mierze oparto na motywie (theme) "Tranquility White" autorstwa Roya Tancka w tłumaczeniu azWeb dla Polskiego supportu WordPress.